Odwiedź mojego bloga na temat emigracji, życia w Holandii, podróży i moich innych pasji!
Metki

12 lutego 2015

Metki

Tym tekstem chciałabym zwrócić uwagę na metki i nie mam na myśli tych odzieżowych, ale te, które nadajemy ludziom. Do refleksji skłoniły mnie osobiste doświadczenia oraz bliskich mi osób. Czy etykietowanie ma sens? 

Na studiach omawialiśmy raz teorię dewiacji i etykietowania. Nie jestem mocna w teoriach ani definicjach, nie lubię nauki na pamięć, ale zapamiętałam z tych zajęć i lektury tyle, że kompletnie normalna osoba może stać się dewiantem w procesie przyswajania przyklejonej jej etykietki. Czy chodzi tutaj o wpływ i presję zewnętrzną, czy raczej o siłę autosugestii, tego nie zapamiętałam. Natomiast jestem przekonana o mocy schematów, które mamy zakodowane w naszych umysłach.

Niniejszym wstępem chciałabym jednak zwrócić uwagę na wykorzystywanie metek w dzisiejszej psychologii i psychiatrii. Rodzi się tutaj pytanie – czy przyklejanie łatki ma faktycznie pozytywne efekty? Mieszkam na Zachodzie i w kraju, w którym obecnie rezyduję, aby dostać jakąkolwiek pomoc psychologiczną trzeba przejść drogę diagnozy, zanim ubezpieczenie zdecyduje się pokryć część kosztów naszej „terapii”.  Brzmi sensownie. Zanim zaczniemy oczekiwać pomocy, druga strona musi wiedzieć, nad czym należy pracować. Jednak cały ten pasjonujący system panujący tutaj zaczął rodzić we mnie wątpliwości.

Po pierwsze grzebiąc w Internecie natknęłam się na przeróżne klasyfikacje i definicje zaburzeń psychicznych i typów osobowości. Zaowocowało to myślą, że w dzisiejszych czasach wszystko, każda niemalże słabość człowieka ma nazwę, a w niej „disorder” lub „disability”. Od razu nasunęło mi to skojarzenia ze szkoły, kiedy to dzieciaki słabsze z polskiego broniły się dysgrafią, dysleksją i dysortografią. Pamiętam, że jako mała dziewczynka byłam tym wzburzona, ponieważ całe życie byłam głąbem matematycznym, a na tamtym etapie dyskalkulia nie funkcjonowała, a przynajmniej nikt nie próbował jej diagnozować. Pamiętam jak dziś – bezradne nauczycielki, próbujące zmotywować te dzieci robiące błąd na błędzie do cięższej pracy, ale te aniołki odpowiadały tylko swoją etykietką i to był argument na wszystko. One nie musiały wcale więcej pracować, przeczytać książkę w domu, spróbować zrozumieć zasady ortografii. Ja natomiast z nienawiścią ślęczałam nad zadaniami z matmy i czułam ogromną frustrację. Myślę, że to poczucie niesprawiedliwości dotykało mnie tak bardzo, że do dziś ogarnia mnie ta niepewność do słuszności etykietowania.

Jedno dziecko nie ogarnia matematyki, drugie czytania, trzecie cierpi na deficyt uwagi. Jeden dorosły ma tymczasową lub chroniczną depresję, drugi jest przewrażliwiony i emocjonalny, a trzeci ma problemy z zaangażowaniem. W dzisiejszej rzeczywistości każda z tych osób cierpi na jakieś zaburzenia o konkretnej nazwie, które widnieją w międzynarodowej książce zaburzeń psychicznych. W przeszłości każda z tych osób miała po prostu indywidualne problemy. I właściwie niewiele się pod tym względem zmieniło. Ludzie zawsze mieli problemy i zawsze będą je mieli. Część tych ludzi chce lub zechce popracować nad swoimi słabościami i problemami, a jeżeli nie potrafimy uporać się z tym sami coraz więcej jednostek decyduje się na pomoc psychoterapeuty.

Dlaczego zatem potrzebujemy nadawać nazwy tym problemom? Czy dzięki temu rozumiemy lepiej, co nam dolega? Czy świadomość (a tak naprawdę po prostu definicja) zmieniają te problemy? Chcę wierzyć, że tak. Jednak wciąż dręczy mnie myśl, że dla wielu osób będzie to tylko wymówka, aby nad sobą nie pracować. – Nie zdążyłaś z deadlinem? – Och, mam ADHD – , – Znowu z Tobą zerwał?  – Oj wiesz, jaki on jest niestabilny – , itd.  Tego typu metki narzucają nam stereotypizowanie nas samych i naszego otoczenia. Czy aby na pewno definiowanie wszystkiego i nazywanie ułomności, klasyfikowanie jej, jako zaburzenia jest pomocne? Czy to tylko ułatwianie ludziom ignorowania ich niedoskonałości i ich akceptacji? W moim mniemaniu powinniśmy znaleźć złoty środek i nauczyć się rozróżniać choroby i zaburzenia od wadliwości i słabości, a nade wszystko nigdy nie spocząć na laurach i zawsze pracować nad sobą samym, bez względu na łatkę, którą nam przypięto.



10 komentarzy

  1. beata · 13 lutego 2015 Odpowiedz

    Bardzo dobry tekst .

  2. Lustro · 1 marca 2016 Odpowiedz

    Bardzo ciekawy tekst, masz rację z tymi metkami, tak łatwo kogoś określić jednym słowem, uogólnić i wkleić w jakieś ramy, które niekoniecznie mają rację bytu.
    Tekst znajdzie się na liście dobrych tekstów blogerów, 8 marca.

    • Magdalena · 18 marca 2016 Odpowiedz

      Dziękuję! Cieszę się, że uważasz tekst za ciekawy. Jest to jeden z moich ulubionych wpisów, który udało mi się stworzyć :)

  3. ksiazkowepowroty · 23 kwietnia 2017 Odpowiedz

    Nie wiem do końca, czy nazwałanym to ,,metkami”, ale zgadzam się, że w dzisiejszych czasach jakiekolwiek odstępstwo od normy (jakkolwiek nie byłaby ona definiowana) to od razu jakieś zaburzenie. Czasem również czytam sobie o tych wszystkich chorobach i dis- i wygląda na to, że jestem nieźle walnięta. ;)

  4. Monika · 23 kwietnia 2017 Odpowiedz

    Twoj tekst daje do myslenia, bardzo dobry :)

  5. Lailapeak · 23 kwietnia 2017 Odpowiedz

    Jest w tym etykietowaniu jakaś sprzeczność. Z jednej strony nie lubimy być naznaczani, zwłaszcza jeśli to naznaczenie ma negatywny wydźwięk, ale z drugiej strony wciąż wielu ludzi wykorzystuje to jako usprawiedliwienie swojego działania lub jego braku.

Zostaw komentarz